Patron naszej jednostki – słynny rycerz z Garbowa – zapisał się na kartach historii jako uosobienie odwagi i niezłomności. Żeglując pod harcerską banderą, trzeba czasem dowieść, że jest się godnym tego imienia. Największy sprawdzian charakterów miał miejsce w 1984 roku podczas The Tall Ships Races. Ta historia przez lata pozostawała w Polsce mało znana, mimo że była to jedna z najtragiczniejszych katastrof w nowożytnej historii żaglowców szkolnych.
Dwie minuty, które zmieniły wszystko
Wydarzenia rozegrały się w nocy, podczas trzeciego etapu regat prowadzącego z Bermudów do Halifaksu w Nowej Szkocji. Brytyjski trójmasztowy bark „Marques” (zbudowany w 1917 roku) szedł pod pełnymi żaglami. Pogoda początkowo była doskonała, dlatego nikt z załogi nie zamykał włazów ani zejściówek.
Nagle uderzył potężny szkwał, którego nie przewidziały żadne prognozy. Zaskoczony statek błyskawicznie położył się na bok, nabrał ogromnej ilości wody przez otwarte luki i zatonął w zaledwie dwie minuty. Na pokładzie znajdowało się 29 osób. Żeglarze nie mieli czasu na nadanie komunikatu ratunkowego przez radio ani na wystrzelenie standardowej serii rac.
Zmiana kursu i wyścig z czasem
S/y Zawisza Czarny wypłynął z Bermudów z opóźnieniem. Pogoda na oceanie była już wtedy sztormowa, jednak nasz szkuner złapał dobry, baksztagowy wiatr i szybko pędził do mety. Nad ranem 3 czerwca oficer pełniący wachtę na statku odebrał niespodziewany komunikat radiowy. Pochodził on od polskiego jachtu „Smuga Cienia”, dowodzonego przez kapitana Andrzeja Szlemińskiego, który informował o dostrzeżeniu w ciemnościach pojedynczej czerwonej racy.
Dowódca harcerskiego żaglowca, kapitan Jan Sauer, natychmiast zarządził zmianę kursu i ruszył w kierunku domniemanej katastrofy. Wkrótce z pokładu dostrzeżono pierwszą tratwę ratunkową.
W skrajnie trudnych warunkach, walcząc z potężnym wiatrem i wysokimi falami, polscy żeglarze wykazali się maksymalnym opanowaniem. Zdołali wyciągnąć z oceanu dziewięciu ocalałych rozbitków. Niestety, pozostałych dwudziestu członków załogi brytyjskiego barku pochłonęło morze. Jeśli wpiszecie dziś w wyszukiwarkę nazwę tamtej jednostki, algorytmy natychmiast podsuną Wam powiązane hasło: „Zawisza Czarny”. Trudno się temu dziwić, bo to właśnie nasz statek okazał się jedynym ratunkiem i bezdyskusyjnym bohaterem tamtej nocy.
Nieoczekiwane tło akcji ratunkowej
Z udziałem naszego szkunera w tych wydarzeniach wiąże się mało znany, dość nietypowy wątek. Okazało się, że polska jednostka i tak musiałaby zrezygnować z wyścigu do Halifaksu i zawrócić na Bermudy. Powodem było zachowanie dwóch harcerzy z załogi, którzy podczas wcześniejszego postoju w porcie Hamilton postanowili pożyczyć bez pytania samochód, aby zwiedzić wyspę. Zostali szybko złapani przez miejscowe służby i trafili do aresztu.
Gdy s/y Zawisza Czarny powrócił do portu w Hamilton, z uratowanymi rozbitkami na pokładzie, witały go kamery telewizyjne i tłumy wdzięcznych mieszkańców. Kapitan udał się do sądu po dwóch niefortunnych turystów – w obliczu bohaterskiej postawy całej załogi, wymiar sprawiedliwości zrezygnował z wymierzania im kary.
Za bezinteresowną postawę i walkę o ludzkie życie Polski Komitet Olimpijski uhonorował załogę nagrodą „Fair Play”. Dziś tamte wydarzenia uczą kolejne pokolenia wodniaków, że na morzu odpowiedzialność za drugiego człowieka to nadrzędna wartość.

Zdjęcia wykorzystane we wpisie pochodzą z archiwum prywatnego Andy’ego Freemana – jednego z ocalałych podczas akcji ratunkowej.


